Przejdź do głównej zawartości

Czy można o Bogu mówić tak po prostu, zwykłym językiem?

Od zawsze mam problem ze sposobem mówienia o Bogu, wierze, religii.
Między innym z tym związany był mój dawny kryzys - z tego powodu przestałam kiedyś bywać w kościele.

Dzisiaj mam tak: kiedy jestem, np. w pracy i koledzy, którzy wiedzą, że wierzę i uczęszczam :-) przed opowiedzeniem dowcipu, albo wygłoszeniem własnego poglądu, mówią Ty nie słuchaj.
Wśród przyjaciół współwyznawców jestem najmniej "święta".


Czy możliwy jest wspólny język?

Jakoś sobie radzę w tym rozkroku, choć nieodmiennie jest mi smutno.

Jeśli chodzi o mnie osobiście u jednej i u drugiej grupy drażni mnie to, o czym już tu nie raz pisałam - brak szacunku dla odmiennego zdania, odmiennej postawy.
U każdej grupy on się ujawnia w trochę inny sposób i wcale nie wiem, który jest gorszy.

Właściwie trudno tu o hierarchię skoro oba prowadzą do tego samego - do agresji.

W tym wpisie zajmę się jednak tylko językiem moich braci w wierze, ponieważ to oni są mi bliżsi i to oni powinni dawać przykład, być apostołami, jak wiadomo.
Tylko czy można być apostołem mówiąc w sposób, który każdego spoza zaczarowanego kręgu, delikatnie rzecz ujmując, odpycha?

Jestem wyjątkowy i wiem lepiej



Kiedy człowiek przekonany o swojej wyjątkowości, a za takich niewątpliwie uważają się katolicy ( ja również uważam się za osobę wyjątkową poprzez fakt bycia wybraną przez Jezusa) zaczyna mówić o Bogu, o swojej wierze, o Kościele, najczęściej wpada w jakiś dziwny ton.
Nie każdy rzecz jasna, ale większość tak.
Ten ton to mieszanka zachwytu, zarozumialstwa i udawanej pokory. Zmienia im się tembr głosu, oczy wznoszą ku górze i splatają na piersi ręce.
To rzecz jasna obraz specjalnie wyolbrzymiony, ale dobrze oddaje to o co mi chodzi. Znam takich ludzi.
I staram się z nimi jak najmniej rozmawiać.

Ja wiem, że oni nie robią nic złego, że przeciwnie, ich intencje są dobre, chcą jak najlepiej.
Tylko, że normalnie nikt przecież w taki sposób nie mówi.
Ja zawsze podejrzewam w takich sytuacjach nieszczerość.

Ten sposób wypowiadania się kojarzy mi się ze sposobem komunikowania się agentów ubezpieczeniowych kiedyś, kiedy miałam z nimi trochę do czynienia. Nie wiem jak jest dzisiaj.
Oni za wyszukanymi słowami, tonem kryli chęć sprzedaży mi czegoś, co uważałam nie, że nie było mi potrzebne.
Moi bracia chcą sobie "kupić" przychylność Boga i próbują w ten sposób nawracać innych,  to przecież dobry uczynek.

Czy im się to może udać? Mnie nie byliby w stanie przekonać.
Nie tylko z powodu sposobu, w jaki do mnie mówią. Także z powodu tego, że oprócz słów nie oferują nic więcej.

Czy ryzyko się opłaca?



Taka postawa to balansowanie na krawędzi.
Brak uczciwości wobec samego siebie jest w tym wszystkim chyba najgorszy.
Gra idzie przecież o bardzo wysoką stawkę. O to, żeby jak najwięcej ludzi  mogło poznać Boga, o to, żeby sobie zasłużyć na zbawienie.

Skoro wierzę w  Boga, to jak mogę być nieuczciwa wobec Niego? No bo skoro jestem nieuczciwa wobec siebie...?

(1J 1,5-2,2)
Nowina, którą usłyszeliśmy od Niego i którą wam głosimy, jest taka: Bóg jest światłością, a nie ma w Nim żadnej ciemności. Jeżeli mówimy, że mamy z Nim współuczestnictwo, a chodzimy w ciemności, kłamiemy i nie postępujemy zgodnie z prawdą. Jeżeli zaś chodzimy w światłości, tak jak On sam trwa w światłości, wtedy mamy jedni z drugimi współuczestnictwo, a krew Jezusa, Syna Jego, oczyszcza nas z wszelkiego grzechu. Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości. Jeśli mówimy, że nie zgrzeszyliśmy, czynimy Go kłamcą i nie ma w nas Jego nauki. Dzieci moje, piszę wam to dlatego, żebyście nie grzeszyli. Jeśliby nawet ktoś zgrzeszył, mamy Rzecznika wobec Ojca - Jezusa Chrystusa sprawiedliwego. On bowiem jest ofiarą przebłagalną za nasze grzechy i nie tylko za nasze, lecz również za grzechy całego świata.


Myślę, po prostu, że każdy z nas powinien być bardzo uważny, bo w gruncie rzeczy łatwo wpaść w tę pułapkę udawania.

Kiedyś byłam zaproszona na spotkanie.
Nie wiedziałam na jakie. Okazało się, że to spotkanie grupy Odnowy w Duchu Św.
To było moje pierwsze takie doświadczenie i jak dotąd ostatnie.
Ludzie zaczęli robić różne dziwne rzeczy: krzyczeli, płakali, wołali, upadali na kolana.
Wiem, że to możliwe, że Duch Św. działa przez i w człowieku, ale wszyscy tak samo? W jednej chwili?
Wtedy byłam młodą dziewczyną i chciało mi się płakać. Nie mogłam na to patrzeć. Uciekłam.
Nie wierzyłam w to wtedy i dzisiaj też bym nie uwierzyła.
Za jakiś czas Kościół zakazał tej grupie działalności. Były zarzuty dotyczące sekty, wiele skarg, zwłaszcza bardzo młodych ludzi.
Dokładnie nie pamiętam szczegółów, ale gdyby ci ludzie byli szczerzy i uczciwi, pewnie nie doszłoby do tego, do czego doszło. Myślę przede wszystkim o duchowych przewodnikch tej grupy

Może ja się mylę, w tym moim rozumowaniu. To nie jest wykluczone - każdy niech decyduje we własnym sumieniu.
Ja uważam, że uczciwość, prawda w słowach i czynach to podstawa zawsze i wszędzie, tym bardziej w Kościele, którym jesteśmy.
A o Bogu, który jest częścią naszego życia, życia ludzi w XXI wieku trzeba mówić językiem ludzi XXI wieku.


Klub Książki Tolle.pl

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Adwent 2021

Różne są sposoby na życie Czasem uświadomione, czasem nie. Nie mam na myśli drogi zawodowej, pasji, uzdolnień, ale stosunek do spraw, do codzienności, do wyzwań, kłopotów i radości. To widać w ostatnim czasie szczególnie wyraźnie i mocno. Jedni z zapartym tchem śledzą bieżące doniesienia, stresują się, starają się ustosunkować, wyrazić swoje zdanie. Inni mają potrzebę ciągłej walki. Protestują, nawołują: obudź się narodzie, poszukują, wyszukują wciąż nowych dowodów na potwierdzenie swoich racji i teorii. Inni nie chcą wiedzieć nic. Odcinają się zupełnie i starają się żyć we własnym świecie. Jeszcze inni zupełnie tracą nadzieję. Niektórzy popełniają samobójstwa. Są tacy, którzy biorą sprawy w swoje ręce i zabezpieczają się na wypadek. Wszelki wypadek. Robią zapasy, gromadzą broń, budują schrony dla swojej rodziny. I są tacy, którzy zawierzają siebie i wszystkie swoje i nie tylko swoje sprawy Bogu. Modlą się, przystępują do sakramentów. To wszystko zawsze istniało, ale w czasach, kiedy ż...

Przez historię Abigail do Pisma Świętego

Przeczytałam książkę, która opowiada historię Abigail, jednej z żon króla Dawida. Zabierałam się do niej z pewną obawą - myślałam, że będzie to pozycja, nazwijmy to, propagandowa. Rzecz, której nie da się po prostu czytać. To książka pożyczona przez koleżankę, której pewnego razu zwierzyłam się, że mam kłopot z czytaniem Pisma Świętego, a bardzo chciałabym to robić. Powiedziała: przyniosę ci coś, co powinno ci pomóc. I nie myliła się.

Kościół to my. Pamiętacie?

foto: Elfin Czy wszyscy już zapomnieliśmy o tym? Przeczytałam wczoraj artykuł Pawła Lisickiego " Europa nie jest drugim Rzymem ". Zanim poczytacie dalej, co chcę powiedzieć, przeczytajcie go. Nie jest długi. Nie napawa optymizmem, bo też sytuacja, w jakiej jesteśmy, nie nastraja do optymizmu. Bardziej chyba jednak od wymowy samego artykułu powaliły mnie niektóre komentarze.