Przejdź do głównej zawartości

Czy cierpienie ma jakiś sens?

Czasem zdarza mi się, pewnie zdarza się to każdemu, kto przyznaje się w jakiś sposób do wiary w Boga, że ludzie wyrażają swój żal do Niego o coś, co ich dotyka.
Chcą ode mnie wyjaśnienia dlaczego to się dzieje, dlaczego przydarza się właśnie im, lub bliskim, czego chce od nich Bóg.
Czasem wyrażają swoje niezadowolenie, chcą odejść z Kościoła - bo to zwykle są ludzie, którzy są katolikami.
To są czasem bardzo przykre słowa, trudne dla mnie, to są słowa pełne bólu, ale tak naprawdę ja w nich czytam prośbę o to, żeby im to w jakiś sposób wytłumaczyć, pomóc przejść, żeby ich przekonać, że nie mają jednak racji.
Bo przecież Ci ludzie, pomimo złości, pomimo żalu do Boga, boją się tego, co będzie, kiedy się od Niego odwrócą ( nie biorą oczywiście pod uwagę tego, że Bóg nie odwróci się od nich).




Wywołana do tablicy

I co ja mogę im powiedzieć? Co mogę powiedzieć ja, która sama się waham, nie jestem idealna pod żadnym względem?
Wciąż przecież nie czytam tak naprawdę Pisma Świętego, choć czuję, że chcę, że trzeba, to wciąż mam obawy, że nie dam rady ( oj głupie to).
Nikt mnie tego nie nauczył, nie pokazał. Moja przyjaciółka, córka pani Michaliny, znała Pismo na wyrywki, jak inne dzieci bajkę o Kopciuszku, bo mama czytała je na dobranoc, a ja zacięłam się na pierwszych stronach, jako dorosła kobieta...
Znam Je ze słyszenia, we fragmentach.
Mocno wierzę i to jest jedyna moja siła. Czy to może wystarczyć?

No, ale ludzie mnie wciąż pytają, trzeba im odpowiedzieć - czuję się w jakiś sposób za nich odpowiedzialna.
To tak jak z tymi dziećmi, którym trzeba pomóc - skoro na nie trafiam, to znaczy, że to właśnie ja mam coś dla nich zrobić, chociaż jest wiele innych.
Na tej samej zasadzie: skoro ktoś zadaje mi tak ważne pytania, to widocznie to właśnie ja mam im udzielić odpowiedzi...

Zastanawiałam się nad tym ostatnio bardzo dużo i oto, co wydumałam.


Ludzie najczęściej myślą, że Bóg jakoś się na nich "uwziął", zwłaszcza, jeśli dotyka ich seria przykrości, albo dotyka coś naprawdę ciężkiego i trudnego, jak na przykład ciężka choroba, albo śmierć kogoś najbliższego.

To z boku  może wydawać się irracjonalne, bo przecież każdy człowiek jest świadomy tego, jaki jest jego los i każdego innego. na ziemi.
Tylko, że to łatwo powiedzieć patrząc z boku. Tak naprawdę o tym, jak sami się znajdziemy w podobnej sytuacji, dowiemy się dopiero wtedy, kiedy się w niej znajdziemy i wcale nie byłabym taka pewna tego czy każdy z nas zda ten egzamin.

Kiedy się kogoś kocha ponad życie, trudno się pogodzić z tym, że musi cierpieć i umrzeć. Ta myślę, bo jeszcze nie wiem i proszę o to, żebym się tego jak najdłużej nie dowiadywała.

Co do śmierci, to trudno w ogóle dyskutować - po prostu jest i nie możemy zrobić nic innego, jak tylko pogodzić się z tym faktem i do niego przygotować.
Gorzej jest, jeśli chodzi o konieczność cierpienia.



Bo ono jest bez sensu. To jest naturalna myśl, która pierwsza przychodzi do głowy, kiedy cierpi ktoś dobry i wspaniały, ktoś bliski, kiedy cierpi dziecko i setki, tysiące dzieci.
Myślę, że nawet najbardziej wierzący widząc niektóre obrazki ze świata musi przez moment mieć wątpliwości.
Jemu jest łatwiej to poukładać w głowie i w sercu, chociaż zgodzić się nie wolno, tzn. trzeba użyć wszystkiego co jest w naszej mocy, żeby pewnym sprawom zapobiec czyli MODLIĆ SIĘ.
Jednak osoba wątpiąca, poszukująca, sceptyczna, niechętna Bogu i wierze, nie ma już tak łatwo.
Taka osoba nie może tego zrozumieć i przyjąć tym bardziej.

Ja ostatnio wytłumaczyłam to tak: Bóg kocha wszystkich ludzi jednakowo i na każdym z osobna zależy Mu tak samo mocno.
Dał wszystkim wolną wolę, ale wielu nie potrafi z niej zrobić właściwego użytku.
Jednak Bóg chce dać wszystkim szansę na zbawienie.
Jak to robi? Niektórych, wielu, bardzo doświadcza, jakby obarcza ich tym złem, które sieją inni.
I w ten sposób zachowana jest niejako równowaga.
Gdyby nie te cierpienia i w wielu przypadkach też zgoda na nie samych cierpiących, bo mam wrażenie, że Bóg dobrze wie, kogo obarczyć, kto wytrzyma, zda egzamin, to ludzkość już by nie istniała.
W ten sposób wielu złych zyskało nadzieję, a cierpiący "kupili" sobie niebo.

Czy to ma jakiś sens?


Tak mi się to poukładało w głowie na podstawie tego, co od lat widzę, czego doświadczam.

Nie wiem czy taki punkt widzenia jest w stanie komukolwiek pomóc, ale skoro to wszystko się dzieje, to MUSI mieć sens. Bóg przecież nie pozwoliłby na to, żeby ludzie męczyli się bez sensu.

Być może ja nie powinnam sięw tym temacie wypowiadać, bo, tak jak nappisałam, to czysta teoria w moim wykonaniu.

Może jednak moje przemyślenia są cokolwiek warte - może kiedyś pomogą mnie samej?
Może jednak dzisiaj pomogą spojrzeć komuś troszkę inaczej?

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Adwent 2021

Różne są sposoby na życie Czasem uświadomione, czasem nie. Nie mam na myśli drogi zawodowej, pasji, uzdolnień, ale stosunek do spraw, do codzienności, do wyzwań, kłopotów i radości. To widać w ostatnim czasie szczególnie wyraźnie i mocno. Jedni z zapartym tchem śledzą bieżące doniesienia, stresują się, starają się ustosunkować, wyrazić swoje zdanie. Inni mają potrzebę ciągłej walki. Protestują, nawołują: obudź się narodzie, poszukują, wyszukują wciąż nowych dowodów na potwierdzenie swoich racji i teorii. Inni nie chcą wiedzieć nic. Odcinają się zupełnie i starają się żyć we własnym świecie. Jeszcze inni zupełnie tracą nadzieję. Niektórzy popełniają samobójstwa. Są tacy, którzy biorą sprawy w swoje ręce i zabezpieczają się na wypadek. Wszelki wypadek. Robią zapasy, gromadzą broń, budują schrony dla swojej rodziny. I są tacy, którzy zawierzają siebie i wszystkie swoje i nie tylko swoje sprawy Bogu. Modlą się, przystępują do sakramentów. To wszystko zawsze istniało, ale w czasach, kiedy ż...

Przez historię Abigail do Pisma Świętego

Przeczytałam książkę, która opowiada historię Abigail, jednej z żon króla Dawida. Zabierałam się do niej z pewną obawą - myślałam, że będzie to pozycja, nazwijmy to, propagandowa. Rzecz, której nie da się po prostu czytać. To książka pożyczona przez koleżankę, której pewnego razu zwierzyłam się, że mam kłopot z czytaniem Pisma Świętego, a bardzo chciałabym to robić. Powiedziała: przyniosę ci coś, co powinno ci pomóc. I nie myliła się.

Kościół to my. Pamiętacie?

foto: Elfin Czy wszyscy już zapomnieliśmy o tym? Przeczytałam wczoraj artykuł Pawła Lisickiego " Europa nie jest drugim Rzymem ". Zanim poczytacie dalej, co chcę powiedzieć, przeczytajcie go. Nie jest długi. Nie napawa optymizmem, bo też sytuacja, w jakiej jesteśmy, nie nastraja do optymizmu. Bardziej chyba jednak od wymowy samego artykułu powaliły mnie niektóre komentarze.