![]() |
| foto: hisks |
To takie nudne klepanie Zdrowasiek. Albo się człowiekowi dłuży w nieskończoność, kolana bolą i tylko sprawdza się ile paciorków zostało do końca. Albo z kolei, jak się człowiek nad czymś zamyśli, to nie wiadomo kiedy jest już koniec.
Tak źle i tak niedobrze.
A o co w tym wszystkim chodzi, to i tak nie wiadomo do końca.
Wielu ludzi ma takie właśnie odczucia związane z modlitwą różańcową.
Z czego to wynika?
Może z tego, że ta modlitwa wymaga jednak sporego zaangażowania, żeby "nie zgubić wątku". Bezmyślne jej odklepanie mija się właściwie z celem.
Chociaż... właściwie to nie - są ludzie, którzy opowiadają, że to bezmyślne odklepywanie Zdrowasiek i tak doprowadziło ich do Boga
Może z tego, że trzeba dla niej wygospodarować czas w ciągu dnia, wśród wszystkich obowiązków i przyjemności.
Może z tego, że trzeba się w niej pochylić nad jakimś konkretnym problemem.
Bo tę modlitwę odmawia się w jakiejś konkretnej intencji i rozważa się konkretne momenty z życia Jezusa.
A my przecież chcemy, żeby nam było miło i dobrze, a nie chcemy zastanawiać nad problemami, w szczególności nie swoimi.
A już na przykład rozważanie męki Pana Jezusa jest takie smutne.
Może dość powszechny stosunek do różańca wiąże się z tym, że tak mało o nim wiemy, bo nikt nas nie uczy, nie przyzwyczaja do jego odmawiania.
Może też kojarzy się większości z nas ze staruszkami zbierającymi się w kościele i klepiącymi bez opamiętania, monotonnie, wydaje się z boku, że bez żadnej refleksji te Zdrowaś Maryjo...
Ja tak się wymądrzam, ale wcale lepsza nie jestem.
Jeszcze całkiem niedawno myślałam o różańcu bardzo podobnie.
Gdyby nie koleżanka, która namówiła mnie na wejście do Róży Różańcowej ( to taka grupa dziesięcioosobowa, której każdy członek zobowiązuje się do odmawiania jednej dziesiątki każdego dnia), to pewnie nawet bym w stronę różańca nie spojrzała.
Zgodziłam się z oporami myśląc sobie w duchu, że robię głupstwo.
Człowiek jest jednak tak skonstruowany, przynajmniej ja, że jeśli się już do czegoś zobowiąże, to stara się zobowiązanie wypełnić.
I tak każdego dnia zaczęłam tę dziesiątkę odmawiać.
Najpierw zupełnie bez przekonania.
Po jakimś czasie zaczęłam się zastanawiać nad tym, jaki właściwie jest sens tego, co robię ja i ci wszyscy ludzie, którzy zobowiązują się modlić.
I wreszcie dotarło do mnie, jakie to ważne, że się modlimy w świecie, w którym każdego dnia dzieje się tyle zła.
Ja to czuję tak.
Ci, którzy się modlą są czymś w rodzaju łącznika, wraz z Maryją, która się wstawia w intencjach, w których my się modlimy.
Jesteśmy więc czymś w rodzaju łącznika, pośrednika pomiędzy Jezusem, a tymi, którzy potrzebują jego miłosierdzia i pomocy. Często to ludzie, którzy sami się nie modlą, którzy nawet nie wiedzą, że mogliby się modlić, tacy, którzy by nas wyśmiali, albo przeklęli za to, że to robimy.
Niewiele jeszcze wiem, o różańcu, o cudach, jakie się dokonały za jego sprawą, mam szczątkowe informacje, ale już z tego co wiem, rysuje mi się taki oto obraz.
Modlitwa różańcowa ratuje świat od zagłady.
Może nie dosłownie cały świat, bo może jeszcze nie ten czas, ale ratuje wiele małych, pojedynczych światów, konkretnych spraw i konkretnych ludzi.
To wielka modlitwa. Nie musimy poszukiwać w innych kulturach czy religiach, wypowiadać mantr, oddawać się medytacji, uczyć się oddychać - mamy to wszystko na wyciągnięcie ręki.
W małym Różańcu.
A skąd się właściwie wziął różaniec i jak to się wszystko zaczęło?
O tym już w następny wpisie

Komentarze
Prześlij komentarz